19 listopada 2017

~ jesiennie ~













różnymi szkłami i latami



O tę jedną chwilę i miliony niewypowiedzianych słów. 
O tę małą cząstkę, jaka mi po Tobie została.
O te wszystkie drżenia w sercu, 
o Ciebie, za Ciebie, dla Ciebie i przez Ciebie.
O te niespełnione pragnienia i rozwiane marzenia.
O tę pustkę, jaka mieszka we mnie.
O to, czego już nie ma.
O nieobecność.
Potykam się.
...

Oto czego już nie ma.


11 listopada 2017

~ zawianie ~

/cykl gifów, polecam oglądać na komputerze/











  





Jesteś tak mała, w całej rozpiętości Wszechświata, że łatwo stracić Cię [z oczu]. Patrząc z góry, na zwykłą płaszczyznę ziemi, która gdzieniegdzie urodzajna, w innym miejscu opustoszona, jesteś nie więcej, jak tylko kropeczką – niewielkim fragmentem wśród istnienia. Dobrze znasz swoją wartość i wierzysz w to, że nic nie znaczysz. 
Jak okruch przy chlebie pokornie leżysz, stając się niezauważona, przy tym całym okazie dobra. Łatwo Cię pominąć, wyrzucić, zdeptać, naruszyć. Odczuwasz każdy ruch powietrza, który, choć niewielki, sprawia, że tracisz siły. Zbliżasz się do krawędzi, skaczesz… A wiatr porywa Cię – kruszynko – daleko w przestrzeń. Musisz się mu poddać, bo przecież silniejszym jest od Ciebie. Jesteś uległa, nie walczysz. Nie masz nawet takiego zamiaru, by się przeciwstawiać. Lecisz, zakręcasz wśród gałęzi, liści, kwiatów. Targają Tobą przeciwności, niepewności, przykrości. Jesteś rozwiana w nieugiętych podmuchach… Wzbijasz się i spadasz. 
Ostatecznie upadasz na chodniku, przekonana o własnej bezwartościowości…
Podlatuje głody ptak. Przygląda się chwilę i posila się Tobą… 

Dziś nie umrze* z głodu.





 Specjalnie dla K., mam nadzieję, że tu zawitasz...



*umrę

7 listopada 2017

~ rdzewiejemy ~











kitowy



"Najdroższy, najukochańszy, 
tak dawno już do ciebie nie pisałam. Na szczęście tym razem nic się takiego u mnie nie zdarzyło, o czym chciałabym ci donieść. Piszę ten list jedynie dlatego, że znów przypłynęła do mnie fala wielkiej tęsknoty za tobą i od kilku dni paraliżuje mnie i nie daje o niczym innym myśleć. Tu kiedyś wypadł mi talerz z rąk, bo nagle zjawiłeś się w moich oczach. A wczoraj, wyobraź sobie, założyłam bluzkę na lewą stronę. I przecież przeglądałam się w lustrze przed wyjściem. Ale jakbym nie widziała w nim siebie. Dopiero koleżanka w szpitalu zwróciła mi uwagę. Powiedz, czy to jest normalne? Tyle lat minęło, a wciąż nie mogę sobie poradzić z miłością do ciebie. 
Miałam długo nadzieję, że w szarości codziennych obowiązków szpitalnych, gdy musisz patrzeć na te biedne dzieci, zachodzić w głowę, jak im pomóc, a tu nie można już nic pomóc, i pozostaje straszny żal do siebie, że się nie sprostało, że śmierć jest silniejsza od nas, od naszych zdolności, umiejętności, że w tym zatroskaniu, zabieganiu i moja miłość do ciebie zacznie przygasać, aż stanie się w końcu jedynie wspomnieniem. Tak się przecież zwykle dzieje. I wydaje się to naturalne, że miejsce miłości wypełniają codzienne zmartwienia, nieustanne myśli, co jutro, pojutrze. Tylko czy prawdziwa miłość może dać się tak łatwo zamienić na tę codzienną szarość? 
Prawdziwa miłość jeśli już kogoś wybiera, to po kres, na całe życie, i nie opuszcza go, jeśli nawet przekroczy tę granicę. Więc może powinnam być szczęśliwa, że kiedyś i mnie wybrała. A że nie spełniła się, tym bardziej pozwala mi odczuwać niemal w każdej godzinie, każdą moją myślą, jakim jest szczęściem. Bo też jak inaczej można jej prawdziwie doznać? Jeśli nie przez utratę, przez brak nadziei, przez pogrążenie się w cierpieniu, podobnym temu, gdy ktoś bliski nam umrze, a nie chcemy się na to zgodzić, że umarł. W szczęściu nigdy miłość nie da nam się poznać tak dotkliwie jak w cierpieniu, że tracimy nieraz poczucie, czy to nas dotyczy, czy jeszcze jesteśmy na tym świecie, czy to tylko po nas wspomnienie. Szczęścia nie stać na złudzenia, że coś się spełniło, gdy się nie spełniło. Szczęście nie jest zbyt mądre. 
Przychodzą takie chwile, że nie wiem już, co z sobą zrobić. Kiedyś pomyślałam, wsiądę w pociąg i przyjadę do ciebie. Ale to przecież o wiele za późno, o lata za późno, o całe życie za późno. Mam męża, mam dzieci, mam dobrą pracę, jestem ceniona, więc co ja wyprawiam? Kupiłam nawet bilet, pociąg przyjechał, konduktor widząc, że nie wsiadam, spytał, pani nie wsiada, lecz zabrakło mi odwagi. Pociąg odjechał, a ja zostałam na peronie, jak zostałam w swoim życiu. Pomyślałam, nie będę porywać się na los, mimo że przeciw mnie się obrócił. Może coś wie lepiej ode mnie i dlatego tak, a nie inaczej ułożył to moje życie. Niech więc tak zostanie. Nie czuję się w niczym winna, że tak się stało. Ani nie umiem sobie wytłumaczyć, dlaczego tak się stało. Czyżby to miłość sama nas opuściła, bez naszej zgody? A może nie ona nas, lecz my ją opuściliśmy? 
Więc po co zaklinaliśmy się, że nie wyobrażamy sobie życia bez siebie? Czyżbyśmy wówczas nie wiedzieli jeszcze, co to jest miłość? Czyżbyśmy byli za młodzi, żeby wiedzieć, czym jest? I musiała nas dopiero rozłączyć, abyśmy zrozumieli, że nie jest takim łatwym szczęściem, jak nam się wydawało? Że jest pełna lęku, niepewności, że kryje w sobie zapowiedź rozpaczy, gdy coraz wyraźniej widać zbliżający się kres. Trzeba widocznie przeżyć całe życie, aby się dowiedzieć, czym ona jest. Ale czyżbyśmy temu nie byli w stanie sprostać? Powiedz, może ty wiesz, cośmy tej naszej miłości zawinili. 
Próbowałam przez te wszystkie lata szukać w sobie winy. Dręczyłam się najprzeróżniejszymi myślami, ale nie mogłam nic przeciwko sobie znaleźć prócz tego, że cię kochałam, najgoręcej jak umiem. Ale czy miłość może być winą? Nie sądź jednak, że ciebie o cokolwiek obwiniam. Przysięgam, nie, nie. Wiem, że tak samo jak ja nie jesteś niczemu winien. Może więc wina była poza nami? Może stało się to wszystko z wyroku losu? Tylko że ty nie wierzyłeś w los. Los to jedno z imion naszej bezradności, powiedziałeś kiedyś. Ale ja muszę wierzyć, że wyroku losu nie pokona się nawet miłością. 
Zazdroszczę ci, bo domyślam się, że ty się z tym uporałeś. I wybaczam ci, że nie chcesz do tego wracać, bo przecież byś choć raz do mnie napisał. Nie zmuszam cię. Nie pisz. Nie chcę. A może i mnie przyjdzie łatwiej skończyć z tym pisaniem do ciebie. Powiedz tylko, czy kochałeś mnie tak, jak ja kochałam ciebie. Zresztą skąd możesz wiedzieć, jak cię kochałam i nadal kocham. Niemożliwe, żebyś wiedział, nie zna się drugiego człowieka, każdy zna jedynie samego siebie, jeśli chce znać. Powiem ci tylko, że świat nie istniał dla mnie poza tobą, chociaż to niewiele mówi. Kochałam cię oczami, myślami, każdą tkanką swojego ciała, każdym drgnieniem serca, kochałam cię w snach i na jawie. Kochałam cię jakby na przekór mojemu życiu. I kocham. Czasem wydaje mi się, że śmierć jest już poza mną, a ja cię kocham dalej. 
Uznasz, że to szaleństwo? Ale nie lituj się nade mną. Nie potrzebuję twojej litości. I tak cię będę kochać. Dla siebie cię będę kochać. Będę cię kochać, gdybyś nawet nie istniał. Wiem, że miłość nie była dla ciebie tym, czym dla mnie. Miłość to lęk, kruchość i ból, więc nie zmuszaj się do takich samych wyobrażeń. Wiem również, że miłość z miłością nigdy się nie równoważą, nie stapiają się z sobą. Pozostają uczuciami, które się wzajemnie darzą, lecz nie po tyle samo. 
Kończę ten list, bo zbiera mi się na płacz. A nie chcę... Wybacz. 
Twoja na zawsze – Maria."
[Ostatnie Rozdanie - Wiesław Myśliwski]




__________♥__________


Nie umiem spleść treści, zdania, słowa, kropki. Plączę się w sobie. Plotę tylko milczenie.


31 października 2017

~ pożegnanie ~

Rozrzucone kadry października...
Nie znalazły swojego miejsca w konkretnym pudełku. 















58mm f2 + self - kitowy

Wiem, że nic nie trwa wiecznie. Nawet my jesteśmy chwilą. Są jednak takie Osoby, takie momenty, takie dni, kadry, dźwięki, które pragnę zachować na zawsze, czerpać z nich radość, pokój i odganiać wszelką samotność. Może to przejaw zachłanności, jednak, cóż w sobie zbierać, jak nie piękno? Do kogo wracać? Do czego? Prawdziwe skarby nie mają ceny: chodzą na dwóch nogach, szumią na wietrze, spacerują na sklepieniu, pachną na łące, płyną w potokach...
Prawdziwe skarby BIJĄ W MOIM SERCU.

Chociaż bardzo nie chcę, żegnam cię październiku i witam kolejny rok siebie.